Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Noc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Noc. Pokaż wszystkie posty

27.11.2012

21. "Nocami myślę, ciemność porusza wyobraźnie, zasypia cały świat, ze snu budzą się fantazje. Reset systemu, cztery zera na zegarze."

Noce są ciężkie. Noce są bolesne. Albo nie sypiam, albo sypiam bardzo źle. Ciągle towarzyszą mi koszmary. Każdy jest inny, ale w każdym umiera ktoś mi bliski, co noc inna osoba. Ja już nic nie rozumiem, nie wiem dlaczego tak się dzieje. Mam pewne podejrzenia, ale bez przesady. Boję się zasypiać, boję się spać. Mimo iż to tylko sny, są strasznie bolesne. Chodzę jak niewyspane zombie, pod oczami malują się ciemne cienie. 
Wszystko po kolei się wali, kończy, umyka, wszystko się zmienia, wcale chyba nie na leprze? 
Za mną ciężki tydzień, próbne matury - poszły mi tragicznie. A polski to już w ogóle. Wzięłam pierwszy temat, który napisałam źle, nie, nie zrobiłam z Izabeli Łęckiej prostytutki, ba, ja nawet nie wiedziałam kto to Marianna, nie wspomnieliśmy o niej słowem na lekcji. A lekturę przecież całkiem dobrze znam. Dwie strony o jakiejś kurtyzanie, ot super temat na maturę. Ja napisałam tylko, że Łęcka jest upadła duchowo, 3/4 Polski pisało o Łęckiej, a chodziło o Mariannę. <Faceplam> Jestem zła na siebie, że nie przypomniałam sobie treści Lalki, Zbrodnie i Karę przerobiłam jeszcze raz i popłaciło, Sonię mam dobrze scharakteryzowaną. Dupa, a nie wypracowanie. Napisałam pracę na ponad sześćset pięćdziesiąt słów i jak dowiedziałam się, że jest źle to miałam ochotę się po prostu rozpłakać. Tak, mogłam wziąć drugi temat, ale czułam, po prostu czułam, że klucz do niego będzie nieciekawy. (Nie żeby do pierwszego tematu był w porządku). Nie znam jeszcze wyniku, ale wiem, że będzie niezadowalający, tak samo z niemieckiego, z geografii jest mi obojętny, mamy wyniki tylko z matematyki, 62% mogło być lepiej, ale mogło być też gorzej. Do sali wchodziłam z nastawieniem "Po prostu napisz na 30% i będzie dobrze." Także nie jest źle. Z matematyki można powiedzieć, że jestem zadowolona, ba, mogę nawet pokusić się o stwierdzenie, że arkusz był łatwy, miałabym procent więcej, ale tak głupie błędy, cóż. Najwięcej straciłam na głupotach. Na wszystkich przedmiotach straciłam na głupotach. Brawo ja. Ale cóż, byleby w maju poszło lepiej. 
Czekam na święta, ostatnio wymieniam telefon, nie miałam czasu pisać, czytać, na nic nie miałam czasu. Strasznie boli mnie gardło, mam wrażenie, że palą mnie żywcem, a moja temperatura waha się w koło 35 stopni. Coś jest nie tak, jak zwykle. Piję okropne Febrisany i marzę o długim wolnym, zostałam w domu, jestem blada jak ściana, pod oczami mam sine wory, głowa mnie boli. 
W zeszły piątek byłam w kinie, obejrzałam ostatnią część Zmierzchu, spektakularny, piękny koniec, film świetnie nagrany, ba, lepiej zrobiony niż ostatnia część książki. Do tej pory wieszałam psy na prawie każdej części, bo ja wolę książki, ale przy tej części włożyli chyba w to całe serce i wiele umiejętności, naprawdę, dawno nic nie wbiło mnie w fotel tak jak zrobiła to scena bitwy, nic mnie tak nie zaskoczyło jak ten film. Strasznie się cieszę, że poszłam na Przed świtem do kina, jak i na poprzednie części. Szkoda tylko, że to się skończyło. Bite cztery lata. Pamiętam jak dostałam książki, pochłonęłam je cztery lata temu w święta prawie na raz. Później wyszły po kolei filmy, a teraz to się skończyło. Pusto. Tak jak było pusto po zakończeniu Harrego Pottera. Tak pusto jak po odejściu przyjaciela.
W życiu czeka jeszcze wiele przygód, wiem to, wiem, że życie ciągle ma się zmieniać, ale zawsze będziemy wracali do znanych nam utworów. Może nie jest to książka umoralniająca czy coś w ten parkiet. Ale miło się czyta. Ot co. Od tego się zaczęło, od Zmierzchu zaczęło się moje zamiłowanie do książek, od tamtego czasu kupuję je jak szalona (jak to stwierdzili moi znajomi) i to zawsze będzie książka, która mnie odmieniła, bo przez Zmierzch zobaczyłam, że wiele światów mamy, wystarczy zacząć czytać, by odciąć się od szarego świata, od szarej jesieni, od problemów. Miło było wrócić do Forks ostatni raz na wielkim ekranie :) Ahhh i nareszcie Bella była taka piękna jak miała być. I te śmieszne wstawki, typu "Mogę do Ciebie mówić tato?" rozwaliły całe kino.
To by było na tyle z bezsensownego pieprzenia. Dziękuję, dobranoc.
 

13.08.2012

13. "Noc, a nocą gdy nie śpię, wychodzę choć nie chcę, spojrzeć na chemiczny świat, pachnący szarością, z papieru miłością..."

Noc... czyż to nie najpiękniejsza pora dnia? Tym bardziej, że jest to noc spadających gwiazd, choć doskonale wiemy iż to nie gwiazdy spadają, a spalają się meteory. A konkretniej Ziemię jak co roku w połowie sierpnia nawiedza rój Perseidów, zmierzający w kierunku Perseusza i Kasjopei. Obserwacje rozpoczęłam poprzedniej nocy, zaopatrzyłam się w wielki kubek malinowego cappuccino, koc i dobrą muzykę, lecz niebo płatało mi figle i niewiele widziałam, poza chmurami oczywiście, bo to one wszystko psuły. Przesiedziałam na dworze cztery godziny, widziałam może z pięć meteorów, zmarzłam strasznie, a do domu wróciłam zła. Dziś miałam już nigdzie nie iść i dać sobie spokój, ale jak wyjrzałam przez okno i zobaczyłam tak czyste niebo - nie mogłam sobie darować widowiska. Ubrałam się jak na zimę, opatuliłam kocem, zasiadłam w najciemniejszym miejscu mojego podwórka i patrzyłam na nieboskłon. Piękne. Cudowne. Wsłuchiwałam się w szum drzew, bowiem wieje wiatr i ogólnie jest zimno, ale warto, dla tych kilkunastu płonących w przestrzeni kosmicznej skał. Od dzieciaka lubiłam patrzeć w niebo i uważam, że dużo pożyteczniejsze byłoby nauczenie się gwiazdozbiorów na fizyce, zamiast klepać na pamięć kolejne wzory, których nie pamięta się po oddaniu kartki ze sprawdzianem. Może jakby było cieplej i miałabym z kim przesiedzieć całą noc pod gołym niebem to wcale bym się tu tym pięknem nie ekscytowała, tylko popijała herbatę z cytryną i liczyła Perseidy. Każdy ma jakiegoś fioła, ja mojego ćwiczyć mogę raz do roku, z pełnym usprawiedliwieniem przesiadywać noce pod gwiazdami, bez ludzi w pobliżu. 
Po wczorajszej nocy jestem przeziębiona, czuję, że dzisiaj się tylko doprawiłam i jutro będę chodziła jak dziecko wojny w luźnym dresie i polarowej bluzie, bo będzie mi ciągle zimno. Już mi zimno, ale warto było. Szkoda, że przez okno w moim pokoju widać tak mały skrawek nieba.
Kiedy już zbierałam się do domu, zerknęłam ostatni raz, meteor zmierzał ku północy, musiał być ogromny, bo długo się spalał, pozostawiając za sobą swoistą łunę na granatowym tle. Piękny widok. Mam nadzieję, że kiedyś taki deszcz meteorytów obejrzę tak jak na Amerykańskich filmach, bo tam zawsze tych spadających gwiazd jest więcej.