Jadę do domu, zostawiam za sobą swoje miejsce na ziemi.
Uwielbiam rozświetlony, nocny Gdańsk. To miasto żyje. Każdego dnia i każdej
nocy. Nie wiem co powoduje to, że tak ja
uwielbiam, może to, że są tam ludzie, którzy zmieniają moje życie na lepsze,
czy może to, że tak uwielbiam swoją uczelnię? Na której siedzenie przez
dwanaście godzin owszem, jest męczące, ale jestem tam i czuję, że żyję, czuję,
że to moje miejsce, że to dobry czas i miejsce. Nie wiedziałam, że będę czuła
tam taką energię. Chęć życia. Mogę narzekać, że męczące, że wymagają, ale
cieszę się, że podjęłam decyzję o tym, że to właśnie tam zatrzymam się na
kolejne pięć lat. Co później? Nie planuję. Ale Gdańsk uwielbiam. Co w
najbliższym czasie? Nauka. Chcę się uczyć, sesję zniosłam całkiem dobrze, bez
większych spięć i stresów. Nie ma spiny,
są drugie terminy. Nie były mi potrzebne. Taka ulga! Siedem weekendów z
rzędu na uczelni. Jestem już zmęczona jazdą w tę i z powrotem. Mam nadzieję, że
do października znajdę jakiekolwiek rozwiązanie, by wynieść się do Gdańska na
stałe, znaleźć jakąś pracę, realizować się, uczyć, poznawać nowych ludzi. Ż Y Ć. Nie jest mi źle w domu, tego nie
mówię, ale czuję, że na dłuższą metę nie dam rady. Że zapuszczę korzenie na tej cholernej wiosce
i tam już zostanę. Kocham mój dom, moich rodziców, moje koty i mojego psa, ale
czuję, że potrzebuję czegoś więcej od życia niż rodziców, trawnika i zwierząt. Nie
mogę w nieskończoność siedzieć u rodziców. Mam dwadzieścia lat i ciągle wrzucam
sobie, że nie robię nic w kierunku samorozwoju. Zmiany. A potrzebuję zmian.
Może nawet drastycznych. Chcę próbować nowych rzeczy. Chcę własnego życia, chcę
wracać do mieszkania, sprzątać je, zrobić wszystko po swojemu, mieć swoje,
tylko swoje miejsca na ziemi. Chcę wychodzić gdziekolwiek. Chcę mieć swobodę.
Chcę mieć blisko przyjaciół. Chcę mieć to swoje i tylko swoje miejsce. W którym
będę robić co tylko chcę i kiedy chcę. Chcę móc wyjść w sobotę rano na uczelnie
i wrócić wieczorem, położyć się spać u siebie. I nie myśleć, jakie połączenie do
domu najbardziej mi pasuje. Narzekam na Gdańsk. Narzekam, że nauki dużo. Ale k o c h a m
t o.
Cieszę się, że podoba Ci się w Trójmieście. :) I gratuluję sesji zdanej za pierwszym podejściem. :)
OdpowiedzUsuńCo do samorozwoju i zmian - czuję się podobnie, ale nie wiem, co z tym zrobić.
Zmiany są potrzebne i owszem, ale z drugiej strony nic na siłę i na szybko :)
OdpowiedzUsuńNajważniejsze robić to, co się kocha ;)
OdpowiedzUsuńKurcze, nie miałem okazji zaznać życia nocnego w Gdańsku - ale w za to w Sopocie nocą było grubo ;) Dasz radę!
OdpowiedzUsuńŻyj kochana żyj i ciesz się każdym dniem:D zapraszam do siebie http://www.niebieskooka-dziewczyna.blogspot.com/
OdpowiedzUsuńWszyscy jesteśmy ambiwalentni - narzekamy, ale tak naprawdę to kochamy. :) To wspaniale, że znalazłaś swoje miejsce na ziemi. To jedna z najważniejszych potrzeb w życiu. Ja już znalazłam to miejsce na ziemi. Niedługo się do niego przeniosę... Liczę w miesiącach.
OdpowiedzUsuń...w Trójmieście byłem tylko przejazdem w drodze do Łeby i spodobało mi się to co widziałem z okna autokaru...
OdpowiedzUsuńDobrze jest znaleść swoje miejsce na Ziemii, utwierdzić się w przekonaniu że studiuje się to co satysfakcjonuje i kocha się miejsce, w którym ładne parę lat się spędzi. Życzę powodzenia w planach : z mieszkaniem i przeprowadzką. Zmiany są dobre, trzeba się usamodzielnić i zacząć żyć własnym życiem - bez kontroli, na własną rękę.
OdpowiedzUsuńSwoje rodzinne miasto kocham tak samo jak Warszawę - wiele w nich uroku :)
OdpowiedzUsuń