Pokazywanie postów oznaczonych etykietą radość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą radość. Pokaż wszystkie posty

13.05.2013

74. Uśmiechnij się!

Pamiętam, jak jeszcze trzy lata temu byłam taką cholernie nieśmiałą, szarą myszą. Może nie bałam się ludzi, ale nie odzywałam się, nie wypowiadałam swoich racji na głos, raczej nie wdawałam się w dyskusje, ani broń Boże nie poznawałam ludzi z własnej inicjatywy. Ale w ostatnich latach to się znacznie zmieniło i prawdę mówiąc zauważyłam to dopiero dzisiaj, taka dla mnie nowa sytuacja. 

Poszłyśmy z mamą do marketu na szybkie zakupy i zaszłyśmy do takiego boksu z gazetami, pierdołami i okularami przeciwsłonecznymi. Nie ukrywam, pracuje tam taki dość przystojny, wychowany mężczyzna, na moje oko, góra dziesięć lat starszy ode mnie. (Radzę się przygotować na to, co przeczytacie poniżej) Nadmienię, że wysoki brunet z błękitnymi oczyma. 

Oglądamy z mamą okulary, pan podchodzi i nam doradza, poleca i odradza. Toczy się rozmowa, podaje mi okulary, przymierzam, oglądam się, pan krzyczy "Nie!", mama "Nie".

Ja: Nie podobają mi się, gdzie je mam odłożyć?
Pan z głupim uśmieszkiem: Wkładamy zawsze tam gdzie jest dziura! 
Ja długo nie myśląc: Ależ proszę pana! To nie ja jestem tutaj od wkładania! 
<smajl namber fajf>
*próbuję trafić okularami w odnalezioną dziurę, no ale krzywo*
Pan dalej się śmiejąc: To może jednak ja włożę bo umiem to robić. 

Pan się roześmiał w głos, mama też, ja jeszcze bardziej. Sytuacja komiczna. Nie wiem skąd we mnie taka śmiałość, ale lubię taką siebie. 

Okularów u pana nie kupiłam, mama owszem, a Pan za ladą stał rozanielony. 

3.05.2013

70. A ja, bawię się świetnie.

Dzisiaj jest naprawdę dobrze. Wstałam sobie przed dziewiątą rano, z łóżka wyszłam o trzynastej, na czternastą byłam umówiona z rodziną na grilla. No to wstałam i się ogarnęłam, choć nie byłam zachwycona tym pomysłem, ale - nieważne. Pojechałam z mamą, robiłam dziś za kierowcę, na początku się cholernie bałam, bo o ile jeżdżę swoim i się nie boję, o tyle mamy samochodem cykam się jak diabli, bo nowszy, bo droższy, bo lepszy i bo jej. No ale - skoro prawo jazdy mam to czasami mnie wykorzystuje. Woziłam gości do sklepu, bo się carlo rossi pokończyło, zasiadły do samochodu mama i jej dwie siostry, pośmiałyśmy się, wróciłyśmy na miejsce Garden Party, zaparkowałam, a najmłodsza moja ciocia: "Jejku, Ty zaparkowałaś tak ładnie i w liniach stoisz, mój mąż tak nie umie" +15 do samooceny. 

Pobawiłam się z moimi skarbami małymi, trzyletni synek mojej chrzestnej wycałował mnie po policzkach jak nigdy, cóż za całuśny dzieciak, uwielbiam go. 

Później jakaś dziewczyna prowadzała na smyczy po osiedlu konia (!), wysoki, dobre metr osiemdziesiąt, ale młody, zadbany, nawet odważyłam się podejść i pogłaskać, bo dzieci chciały, co robiłam pierwszy raz, bo ja nie przepadam za końmi, ale tyn - piękny, no i kurcze, jak psa na smyczy. Zaintrygowało mnie to.

No i tańczyłam z chrzestną wolnego do Seweryna Krajewskiego, śpiewałyśmy wszystkie piosenki jakie znałyśmy, dzieciaki z nas się śmiały, reszta towarzystwa też, ale ponoć trzeba się bawić.

Ogólnie dużo śmiechu, radości, wspomnień, dowcipów, tekstów, pozytywnych wrażeń. Wspominaliśmy moją osiemnastkę, trochę rozwodziliśmy się nad maturą, trochę nad szkołą, trochę nad moim stylem jazdy. Wszystkiego po trochu. I wiecie co? Lubię takie dni, kiedy czuję się tak dobrze. Mimo cholernego bólu pleców, ale sama go sobie załatwiłam, nieważne, poleżałam na huśtawce i było lepiej.

Zostałam wyściskana i wytulona przez męża chrzestnej, który gratulował nam improwizowanego, nowego tańca, no a później tak na pożegnanie, życzył mi prostej drogi i "co by zakręty ci proste były".
Pierwszy raz nie pokłóciłam się z mamą w czasie jazdy, a wracałam już po ciemku, a nocą, jej samochodem jeszcze nigdy nie jeździłam. Taki mały sukces. Taki mój, taki prywatny.

Humor mam dobry, bawiłam się świetnie, przez calutkie siedem godzin na dworze uśmiech nie schodził mi praktycznie z twarzy, zapomniałam o maturze, problemach, zmartwieniach i niespełnionych planach.

Chciałabym. Chcę, by tak było częściej.

***
Dziękuję Wam za tyle komentarzy pod ostatnim postem, które dały mi uśmiech i wiarę w to, że zrobiłam dobrze, jesteście kochani. 

29.03.2013

59. "Jeszcze jeden raz..."

Jutro wstanę jak rasowe zombie, bo rano muszę/chcę jechać do miasta, nie mam ochoty spać, chce mi się żyć, chodzić, śpiewać, ewentualnie tańczyć, chce mi się śmiać i cieszyć się. Humor znów mam dobry, bo jeszcze się przyzwyczaję, a nie daj Boże Wy się przyzwyczaicie...

Dziś czuć było wiosnę. Słoneczko pięknie świeciło, trochę zimno, ale bywało zimniej, trochę mało zieleni, czekam na więcej. Ale ziemia jakby suchsza, zapach jakby wiosenny, ptaki jakby ożywione...

Ale ja nie o tym chciałam napisać. Wstałam sobie wczoraj, bądź któregoś z poprzednich dni i doszłam do wniosku: wyleczyłaś się. Gówno prawda. Gdzieś we mnie tli się cholerny promyk nadziei, ale na co? To tylko powielanie własnej głupoty i naiwności. Jestem rozdarta. Bo nie wiem czego chcę. Względem ów człowieka. Już nie czekam, już nie myślę cały czas. Wiem, że jakby napisał to bym odpisała, czy z radością czy złością nie zależałoby ode mnie. Ostatnio ktoś podsunął mi pomysł Ty się wypłacz, ulży Ci. Limit łez na tego osobnika dawno się wyczerpał, nie mam ochoty płakać z tego powodu, chyba nie warto, już się napłakałam, kiedyś, dawno temu. I co? Nic. Leżę, zacieszam do "Oczy Miasta" i zastanawiam się gdzie moja senność. Nie zasypiam myśląc o nim. Już sama nie wiem o co chodzi, ale to chyba efekt czasu, czas zaciera ślady, przestaje kojarzyć pewne fakty, mózg przestaje szeptać swoje smutne kwestie, a serce podpowiada, żeby iść dalej, uśmiechając się. I serce ma rację. Tak trzeba, trzeba normalnie żyć, nie rozpamiętywać i uśmiechać się do wszystkich w koło. Bo kto zabroni się uśmiechać? 

Kiedyś cieszyłam buźkę do wszystkich, a później mi przeszło, ale chyba trzeba do tego wrócić. I przestać udawać radosną, a nią być, co całkiem przyzwoicie mi ostatnio wychodzi. Dzisiaj od dobrego humoru nie powstrzymuje mnie nawet ból prawej ręki, do której nic wziąć nie mogę, nie przeszkadza mi też to, że być może zaraziłam się grypą. Mam dobry humor, bo dziadek obudził się z narkozy, bo piosenka jest rytmiczna, bo dziś faceci rozśmieszają mnie na każdym kroku, bo poza pilnowaniem Neli nic dzisiaj nie robiłam, no, byłam na przyjemnym spacerze z psem. 

A później zdałam tacie relację z ostatnich kilku dni, naśmieliśmy się jak dwa głupki, uwielbiam to. Do tego świadomość, że jestem wolna.

W dodatku czekam na listonosza i na kartki od moich wspaniałych ludzi, koło których chciałabym mieszkać. No i sprzedałam mój poprzedni telefon, pewnie na allegro dostałabym za niego trochę więcej, bo praktycznie wygląda jak nowy, systemowo też bez zarzutu, ale... no niech będzie. Zawsze to ponad stówka, kupię sobie bluzkę. O. I może coś jeszcze. Coś kolorowego, nic czarnego. Nie ma mowy, sama na siebie nakrzyczę jak będę chciała kupić coś czarnego. 

I wiecie co? Gdyby teraz nie dochodziła pierwsza w nocy poszłabym na spacer, trochę strach, ciemno, zimno, jeszcze ktoś się przypałęta i humor pryśnie. 

Jutro trzeba już trochę pracy wykonać, ale może będzie to przyjemne? Ma też wpaść doktorka do mojego psa, znów zabiorę go na taki spacer jak zeszłego wieczoru, ale teraz nie zapomnę o muzyce, bo było pusto.


A kulminacyjnym punktem wieczoru okazała się "Dudniąca modlitwa". Jeszcze się śmieję. Wybaczcie. 


20.03.2013

56. Żeby tak człowiek choć raz wyolbrzymił radość, zamiast smutku.

Cóż za wspaniały dzień, prawda? Wstałam z nastawieniem "Boże, znowu szkoła". Ale poszłam, cóż poradzić, taki los maturzysty. Na dzień doby i do widzenia dwa niemieckie. Aż dwie lekcje, z wf nas babka puściła, w środy ogólnie kończę albo przed dziesiątą albo przed dwunastą, humor poprawił mi się już na niemieckim, piąteczka za  streszczenie cieszy. 

Po szkole zapłaciłam za książkę, wysłałam kartki na święta i poszłam do mojej najlepszej cioci, z którą uwielbiam spędzać czas, z którą mogę się śmiać, wygłupiać, plotkować, rozmawiać na te mniej i te bardziej poważne tematy. Mogę się z nią również napić czerwonego półsłodkiego wina, albo drinki z advocata (swoją drogą polecam ze schłodzoną pepsi i dużą ilością lodu - tak świętowałam w sierpniu moje prawo jazdy). Mogę jej opowiedzieć najgłupszy na świecie kawał, a ona będzie tarzać się ze śmiechu na podłodze. Możemy się sobie wygadać, lepsza niż przyjaciółka. Mama jest czasami zazdrosna, ale ja potrzebuję odskoczni. Zresztą jej córka jest moim oczkiem w głowie. 

Spędziłam dzisiejsze popołudnie z Kornelią u babci, najpierw grałyśmy w łapki, później w "pani zozozo pani siasiasia, pani zo, pani sia, pani zosia męża ma" i "anse kabanse flore", a później młoda mnie zaskoczyła jak się na mnie rzuciła i zaczęła mnie łaskotać, wygłupiałyśmy się dłuższy czas, w końcu Nela zrobiła ze mnie byka, z siebie torreadora i prosiła o czerwoną płachtę. Uwielbiam to dziecko. Babcia z ciocią były całe czerwone ze śmiechu, zresztą ja też, nie mogłam złapać tchu. Aż zdziwiłam się, że coś może dać mi tyle radości. 

Nadmienię również, iż Kornelia jest bardzo mądrym i ambitnym dzieckiem, chodzi do pierwszej klasy. Ma tylko jedną czwórkę, kilka piątek i reszta szóstki. Pięknie prowadzi zeszyty i cudownie wypełnia kaligrafię. Sprawdzałam jej zadania z matematyki i też ani jednego błędu, co ciekawsze nie wspomaga się niczym na czym można by było liczyć, inne dzieci zazwyczaj próbują na palcach, a ona w pamięci, to jej się przyda w przyszłości. A jak czyta, Boże, muszę kupić jej Harrego Pottera, sama prosiła. Wspaniałe dziecko, prawda?

Ale po powrocie do domu humor bez większego powodu prysł, nie mogłam wymyślić dlaczego. Zrobiłam mamie obiad, oglądałam telewizję i myślałam "co jest grane?". Nadeszła godzina House'a. A ja siedziałam wściekła jak osa, po prostu mnie nosiło, czułam, że muszę się wyżyć. Przywrócić sobie jakąś harmonię. Rzuciłam House'a w cholerę i poszłam do siebie, włączyłam muzykę, głośno, w słuchawkach i usiadłam na rowerze stacjonarnym, tak się przejechałam, że aż rozbolała mnie chora noga, ale już przeszło, skatowałam się też innymi ćwiczeniami i poczułam się lepiej, odprężyłam się, pogratulowałam sobie, że z taką beznadziejną kondycją to zniosłam i poszłam do mojego psa. 

Czuję się dużo lepiej, spokojna, ułożona i wyciszona. Aktywność fizyczna powoduje zwiększoną aktywność psychiczną, a poza tym organizm produkuje endorfiny, czyli hormony odpowiedzialne za dobry nastrój. Naprawdę mi lepiej. 

Mam takie postanowienie, jeśli nie znajdę pracy na okres pomiędzy maturą, a studiami to będę rano wstawać i biegać. I wreszcie wytresuję mojego psiaka. Wspaniały jest. A jaki wdzięczny! Za wszystko, Boże, jak ja kocham zwierzęta.

Rzadko możecie "czytać" mnie taką radosną, więc cieszcie się razem ze mną, proszę. 

Aaaaa, to inteligentna rozmowa na fb, moja i mojej K. 

P: Cześć, jak wiesz, za miesiąc, a konkretnie 22.04 są moje urodziny, jako, że to moje ostatnie naście, to chciałabym to uczcić, wyskoczymy do jakiegoś klubu? Po szkole, wieczorem, obojętnie. Na piwo. Dwa. Ewentualnie siedem?
K: Ewentualnie siedem? Jak tak to oczywiście! 

I próbna matura z niemieckiego na 73%. Może nie jest to szczyt moich możliwości, ani marzeń. Ale po jej napisaniu zwiesiłam głowę i czym prędzej wyszłam z klasy. Słuchanie - tragedia. Czytanie ze zrozumieniem? Ale o co chodzi?! A krótka i długa forma użytkowa - średnio na jeża. Może 40% będzie.
Okazało się, że słuchanie poszło mi lepiej niż zawsze, czytanie ze zrozumieniem bardzo dobrze, a w listach po prostu głupie błędy. 

A jutro wolne, w mojej szkole są dni otwarte, jest również tradycja, że maturzyści ten dzień mają wolny. Wyśpię się, to znaczy wstanę o ósmej, posprzątam sobie, pójdę może z psem na dłuuugi spacer i znów się wyżyję. A w piątek - misja, ale o tym następnym razem. 

Wiosna? Jutro? W kalendarzu, nie za oknem, ale zawsze to wiosna, nie? Astronomiczna już jest. Ale w końcu będzie ciepło, gorąco, zielono, niebiesko, różowo i żółto, będzie w końcu ten specyficzny zapach i darcie japy przez ptaki. Będzie miauczenie kotów i pisk dzieci na drodze. I będzie dużo Słoneczka. I będzie dużo trawy i śliczne lekkie chmury. I będą czerwone zachody Słońca. I będzie pozytywnie i miło. I będzie zajebiście! 






20.08.2012

14. "Oprócz błękitnego nieba, nic mi dzisiaj nie potrzeba."

Zdałam! Ludzie, zdałam egzamin na prawo jazdy! Teoria za pierwszym podejściem na zero błędów, praktyka za drugim razem ale i tak strasznie się cieszę. Nigdy nie cieszyłam się z czegoś do tego stopnia. Kiedy pan egzaminator kazał mi już zjechać do ośrodka, kiedy  podbił mi kartkę, podpisał się i wpisał w rubrykę "pozytywny"  byłam chyba przez chwilę najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi. Kiedy odebrałam od niego świstek, idąc do dwóch kochanych osób czekających na mnie wzniosłam ręce na znak Victorii, uśmiechnęłam się szeroko i cieszyłam, że mam to za sobą. Ludzie gapili się na mnie jak na idiotę, nie wiem co jest takiego dziwnego, w tym, że jak człowiek zda, to się cieszy? No kurde. Przede mną zdało kilka osób. Nikt się nie uśmiechał. Nikt się tak naprawdę nie cieszył. Te zdobyte prawo jazdy było dla nich niemal jak kara Boska, no ludzie. Nie wiem jak można się nie cieszyć, kiedy zda się egzamin. 
Kocham jeździć. Mogłabym tak cały dzień, choć niekoniecznie na egzaminie. Strasznie stresujące, choć całą drogę gadałam sobie z egzaminatorem, świetnie mi się jechało, kiedy wsiadłam do samochodu stres minął, strach również. Jakie to beztroskie uczucie wiedzieć, że się zdało, że ma się to za sobą. Radością dzisiaj mogłam zarazić całe miasto, zresztą parę osób nawet zaraziłam.
Na koniec egzaminu egzaminator powiedział, że jak już się odstresowałam, to zaczęłam jeździć jak Bóg przykazał czyli pięknie. Byłam zszokowana, że słyszę coś takiego, nigdy nikt mnie tak nie podbudował. 
Kiedy już wiedziałam, że zdałam, jak już wyszłam za bramę ośrodka i zadzwoniłam do taty, do rodziców moich rodziców zaczęłam pisać smsy do przyjaciół. Ręce trzęsły mi się jak nie wiem co, przez bite piętnaście minut drżałam, a w oczach w pewnym momencie miałam łzy, tak bardzo się cieszyłam.
Przez cały dzień żartowałam, opiłam zdobyte kwity i teraz pozostało tylko czekać na ich odbiór. Mam nadzieję, że szybko się z tym uwinął. 
Nie powiem, stresu i emocji wiele mnie to kosztowało. Egzamin miałam mieć w południe, patrzę w niebo, minęło pięć minut - ulewa, grzmiało, błyskało się, no spanikowałam, najadłam się strachu, czekałam półtorej godziny na swoją kolej, dłużyło się, strasznie, pogoda się zmieniła, żar lał się z nieba, wszystko w myślach zaczęłam powtarzać i wszystko mieszałam, miałam wrażenie, że nic nie umiem. W nocy nie mogłam spać, bałam się, że zawalę placyk, ale elegancko, wszystko poszło jak z płatka. 
JESTEM TAKA Z TEGO POWODU ZADOWOLONA !