Czasami zamykam oczy, najczęściej będąc w mroku, tuż przed snem i widzę Ciebie. Tylko Ciebie. I zastanawiam się co sprawiło, że Cię straciłam. Poznałam Cię tak dobrze i dogłębnie. Mówiłam Twoje kwestie bez zawahania. Tak bardzo lubiłam grać Ci na nosie. Tak bardzo lubiłam każde słowo spijane z Twoich myśli. Chciałam zabierać Twoje cierpienie i dawać Ci swoją radość. Całować smutne usta, wycierać łzy smutnych źrenic, odwzajemniać uśmiech radości. Czasami też zastanawiam się czy moje miejsce zajął już ktoś inny?
Czasami zastanawiam się czy w ogóle będzie mi to dane, być czyjąś gwiazdą na ponurym niebie, kimś, kogo będzie kochał tą największą miłością, ale i czy ja będę mogła kogoś pokochać najmocniej na świecie, tak, że bardziej się już nie da. Patrzę na siebie przez najgorszy z możliwych pryzmatów, nie mam dla siebie za grosz akceptacji, żebym ja chociaż do tej idealności dążyła.
Zamykam oczy i zastanawiam się dlaczego tak, a nie inaczej. Analizuję wypowiedziane słowa po raz kolejny, rysuję inne odpowiedzi w scenariuszu, ale już za późno. To nie czas na zmiany, pewne rzeczy nie zaliczają się do tych, które można odwrócić, tak po prostu. Pewne wydarzenia zaliczają się do tych wiecznie-trwałych. Do tych, które nie mają procesu "powróć do stanu poprzedniego". Ani ja, ani Ty nawet do tego nie dążymy. Kiedyś byłam gotowa skoczyć w ogień, teraz nie mówię Ci nawet "Cześć". Trochę to smutne. Trochę to straszne. Bo przyjaźń i miłość miały trwać wiecznie. Ale nic wieczne nie jest. A z rzeczy wiecznych miłość trwa najkrócej.
A to miłość daje szczęście, bez tego jesteśmy jak puste naczynie, jak w tej opowiastce o profesorze, słoiku i kamieniach.
Po prostu ostatnio bardziej niż zwykle brakuje mi kogoś z kim mogłabym się kłócić o to jakie lody kupimy na film, kogoś z kim mogłabym żartować na różne tematy, kogoś komu mogłabym zabierać w nocy kołdrę i kogoś kto by mnie po prostu przywrócił do świata szczęśliwych. A nie tylko zadowolonych.
A Wam drodzy czytelnicy bardzo dziękuję za tyle słów wsparcia, jest lepiej, dużo lepiej, to chyba było mi potrzebne, żeby zmotywować się do działania. Wstaję rano i robię sobie dobrą, a nie jakąś kawę, oglądam dobry, a nie jakiś film, bawię się z psem nie dla uśmiechu swojego, a ku jego radości, czytam książki z ogromną przyjemnością i znowu mam ochotę odwiedzać blogi. Ale chwilowo męczy mnie jeszcze okropny kaszel, gorączka i ogólnie choroba. Postaram się Was już regularnie odwiedzać, bo mam świadomość, że Was zaniedbałam.



