Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty

11.06.2013

81. "You see her when you close your eyes"

Czasami zamykam oczy, najczęściej będąc w mroku, tuż przed snem i widzę Ciebie. Tylko Ciebie. I zastanawiam się co sprawiło, że Cię straciłam. Poznałam Cię tak dobrze i dogłębnie. Mówiłam Twoje kwestie bez zawahania. Tak bardzo lubiłam grać Ci na nosie. Tak bardzo lubiłam każde słowo spijane z Twoich myśli. Chciałam zabierać Twoje cierpienie i dawać Ci swoją radość. Całować smutne usta, wycierać łzy smutnych źrenic, odwzajemniać uśmiech radości. Czasami też zastanawiam się czy moje miejsce zajął już ktoś inny? 
Czasami zastanawiam się czy w ogóle będzie mi to dane, być czyjąś gwiazdą na ponurym niebie, kimś, kogo będzie kochał tą największą miłością, ale i czy ja będę mogła kogoś pokochać najmocniej na świecie, tak, że bardziej się już nie da. Patrzę na siebie przez najgorszy z możliwych pryzmatów, nie mam dla siebie za grosz akceptacji, żebym ja chociaż do tej idealności dążyła. 
Zamykam oczy i zastanawiam się dlaczego tak, a nie inaczej. Analizuję wypowiedziane słowa po raz kolejny, rysuję inne odpowiedzi w scenariuszu, ale już za późno. To nie czas na zmiany, pewne rzeczy nie zaliczają się do tych, które można odwrócić, tak po prostu. Pewne wydarzenia zaliczają się do tych wiecznie-trwałych. Do tych, które nie mają procesu "powróć do stanu poprzedniego". Ani ja, ani Ty nawet do tego nie dążymy. Kiedyś byłam gotowa skoczyć w ogień, teraz nie mówię Ci nawet "Cześć". Trochę to smutne. Trochę to straszne. Bo przyjaźń i miłość miały trwać wiecznie. Ale nic wieczne nie jest. A z rzeczy wiecznych miłość trwa najkrócej. 
A to miłość daje szczęście, bez tego jesteśmy jak puste naczynie, jak w tej opowiastce o profesorze, słoiku i kamieniach. 
Po prostu ostatnio bardziej niż zwykle brakuje mi kogoś z kim mogłabym się kłócić o to jakie lody kupimy na film, kogoś z kim mogłabym żartować na różne tematy, kogoś komu mogłabym zabierać w nocy kołdrę i kogoś kto by mnie po prostu przywrócił do świata szczęśliwych. A nie tylko zadowolonych. 

A Wam drodzy czytelnicy bardzo dziękuję za tyle słów wsparcia, jest lepiej, dużo lepiej, to chyba było mi potrzebne, żeby zmotywować się do działania. Wstaję rano i robię sobie dobrą, a nie jakąś kawę, oglądam dobry, a nie jakiś film, bawię się z psem nie dla uśmiechu swojego, a ku jego radości, czytam książki z ogromną przyjemnością i znowu mam ochotę odwiedzać blogi. Ale chwilowo męczy mnie jeszcze okropny kaszel, gorączka i ogólnie choroba. Postaram się Was już regularnie odwiedzać, bo mam świadomość, że Was zaniedbałam. 


6.06.2013

80. "Między niebem, a ciszą"

Wstaję rano, około dziesiątej. Robię jakieś śniadanie i jakąś kawę. Oglądam coś w telewizji. Rozmawiam z kimś, o czymś. Oglądam jakiś film i słucham jakiejś muzyki. Czytam jakiegoś bloga. Czuję nicość w moim życiu. Czuję niechęć do wszystkiego. Nie chce mi się nic. Nie chce mi się ludzi i ich problemów. Nie chce mi się słuchania, że się ułoży. Nie chce mi się tego myślenia, że czegoś nie zrobiłam. Mam dość snucia się po domu, siadania w każdym z foteli po kolei. Układania się na podłodze, szukania sobie miejsca w domu, wychodzenia do psa, żeby chociaż na chwilę się uśmiechnąć. Nie potrafię się ogarnąć i zacząć cieszyć tymi najdłuższymi w życiu wakacjami. Okrywam się kocem i nie mam ochoty nawet na herbatę. Ja nie żyję, ja egzystuję i powoli mam tego dość. Rozpadam się na kawałki, uśmiecham się, bo tak trzeba, rozmyślam, cierpię wewnętrznie, przeżywam koszmar co noc. Jeden za drugim. Moja podświadomość postanowiła mnie konkretnie wykończyć. Boże, daj mi siłę. 

28.05.2013

79. Home, sweet home.


Jak dobrze jest być w domu. Jak dobrze usiąść w wygodnym fotelu, przykryć się ciepłym kocem i pisać. Prawda jest taka, że wszędzie dobrze, ale jednak w domu najlepiej. Wszytko takie moje, mimo, że tam czułam się dobrze. 

Spędziłam trzy miłe dni nad morzem, z tarasu widziałam zalew, co prawda pomiędzy drzewami, ale było coś widać, do morza jednak kawałek był, przez las, ale plaża czyściutka, woda o dziwo też brudna nie była. Byli  odważni, którzy się kąpali, ja jednak wolalam patrzeć na to jak im jest zimno. Wiem, wredne, ale ja ich do tej zimnej wody nie wsadzałam. 

Wieczory i noce miały jeden konretny schemat dla większości. Kieliszek. Kieliszek. Kieliszek. Papieros. Kieliszek. Kieliszek. Papieros. I tak do rana, kilka godzin snu, spacer i od nowa. Nie wiem, jak tak można, ale cóż, ich problem.

Nie opaliłam się, bo nie było słońca praktycznie wcale. Nadal jestem biała jak ściana. Ale przeżyję, niektórzy mają tak całe życie. Wiało, padało, na szczęście burzy nie było, bo nie wiem jak by się to dla nas skończyło. Ale były pozytywy - moskitiery w oknach, radość ogromna, telewizor i lodówka, w której znaleźliśmy 0,5 litra czystej też dało uśmiech. A, że była z akcyzą i w ogóle, to poszła na pierwszy ogień. 

Dało się odczuć zmianę klimatu, było chłodniej, ale powietrze było dużo milsze dla organizmu niżeli u mnie. Odwiedziliśmy Krynicę Morską, świetną knajpkę w Kątach Rybackich, gdzie jadłam nieziemskiego placka rybackiego z wędzonym łososiem, muszę zrobić go w domu, tata będzie miał radochę, jakiej mało. 

Droga w jedną i drugą stronę była naprawdę spoko, kierowca, z którym jechałam jeździ całkiem dobrze, bezpiecznie, nie czułam się źle, jeździliśmy w kółko po rondach, slalomem po ekspresówce, wkurwialiśmy innych kierowców wydłużając trasę, ale powiem Wam, że fajnie jest tak jechać jeden za drugim, każdy z napisem Maturzyści, balonikami i wstążeczkami. Co prawda na trasie zgubiliśmy balony, ale mniejsza o to, miałam wrażenie, że inni kierowcy wypadną z samochodów tak wyglądali, by zobaczyć te napisy. 

To był naprawdę udany weekend, nie żałuję, że pojechałam. Nawet mi się żal zrobiło, że to już koniec, koniec tych dni w szkole, siedzenia na parapecie, gadania o pierdołach. W takim składzie już się pewnie nie spotkamy, może w podobnym, ale nie ma takiej pewności, może jak będą wyniki z matury to gdzieś w klubie. 

Były wywiady, reklamy, wygłupy, narzekanie, dużo, bardzo dużo śmiechu, mało snu, dużo zabawy, nie koniecznie pijąc. No, a w sobotę były zakłady, kto wygra. Borussia czy Bayern? Postawiłam aż pięć złotych i przegrałam. Ale oni przegrali, bo ja na nich postawiłam. Ja to wiem.

No i mój pies - tak radosnego jak wczoraj gdy mnie zobaczył dawno nie widziałam. To takie miłe. 

No i jako, że ja jestem miła chcę zaprosić Was TUTAJ -wywiad z człowiekiem, który robi to, co kocha, a mianowicie świetnie pisze :)

Morskie. Nie jest profesjonalne, bo z telefonu, robione na oślep. Mam mało zdjęć, ale to mi się strasznie podoba. 


20.05.2013

77. "Dzieciństwo jest jedyną porą, która trwa w nas całe życie."*

Ostatnio poczułam się tak, jak lata temu, miałam wrażenie, że przeniosłam się w czasie. A wszystko to za sprawą mojej Księżniczki, która wyciągnęła mnie do wesołego miasteczka, bowiem tylko ja w rodzinie nie mam zawrotów głowy na widok czegoś, co się kręci, a poza tym ponoć jestem jej ulubioną siostrą. Miłe. 

Rzecz miała dziać się w czwartek, kiedy dowiedziałam się, że Młoda ma gorączkę zrobiło mi się smutno, bo dosłownie napaliłam się na dobrą zabawę, no ale odbiłam sobie w piątek. 

Dotarłam do wesołego miasteczka, rozejrzałam się, pierwsza moja myśl - ale złom, obeszłam, obejrzałam sprzęt, no niby bezpiecznie. Młoda daje mi żeton, na mini-kolejkę górską. Przyznam szczerze, że musiałam mieć strach w oczach, bo wszyscy mieli ze mnie masę śmiechu, ale czego nie robi się dla dziecka, mimo lęku wysokości, nie? 

Usiadłyśmy w środkowym wagoniku, objęłam Księżniczkę mocno lewą ręką, prawą sama się trzymałam, kolejka ruszyła, a emocje sięgały szczytu, moje i jej. Przy zjeździe w dół piszczałyśmy, a przy jeździe do tyłu pojawiły się krzyki. Kiedy kolejka się zatrzymała wyszłyśmy lekko skołowane, bo jazda po torze koła, pobiegłam po kolejne dwa żetony, chciałyśmy jeszcze raz. 

Nadmienię, że pan, który obsługiwał ów kolejkę puszczał do mnie oczka, ale ja jedynie się uśmiechnęłam, nie umiem odmrugnąć w okularach przeciwsłonecznych, ja w ogóle nie umiem mrugać. Brawo! 

Kolejny raz był już trochę mniej emocjonalny, ale nadal świetny, podejrzewam, że mogłabym tak jeszcze kilka razy, no ale jednak to kosztuje i dziecka nie można aż tak rozpieszczać. Byłyśmy jeszcze na elektrycznych samochodach i na samolotach, totalna porażka. Moimi faworytami są kolejka i parasolki, których nie były, a są naprawdę mega. 

Jeśli mielibyśmy stałe wesołe miasteczko gdzieś w okolicy to pewnie spędzałabym tam godziny, lubię szybką jazdę i adrenalinę. Dlatego tak bardzo chcę jechać do Dineylandu, gdzie zamierzam wyszaleć się za wszystkie czasy i poczuć adrenalinę, której jeszcze nie czułam. Może w tym roku wreszcie wybiorę się do Warszawy do punktu, gdzie będę mogła bezpiecznie skoczyć na bungee. 

Wspólna zabawa w wesołym z Księżniczką dała mi wiele radości i satysfakcji, nie wiem dlaczego, może dlatego, że dzięki mnie Młoda mogła sobie pojeździć i się pobawić?

Ach! Zapomniałabym, jeszcze strzelałyśmy z karabinu, obie wygrałyśmy bańki, łaaał. 

Lubię wracać do dzieciństwa, lubię dobrze się czuć robiąc rzeczy, które robią zazwyczaj dzieci. A będąc z Księżniczką mogę bawić się do woli. 

*Ryszard Kapuściński

____________

Dziękuję za te wszystkie słowa pod poprzednim postem, to takie cholernie budujące moją samoocenę. I nie, nie mam korzeni niemieckich, żadnych. Język znam, bowiem miałam wspaniałą nauczycielkę. :)

2.04.2013

62. "Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą."


Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. Sobota, wiosenna i niby pogodna, niby ładna. A taka smutna sama w sobie. W telewizji ciągle mówili o pogarszającym się stanie naszego Papieża. Pamiętam, jak wieczorem oglądałam Kryminalnych z rodzicami i o 21:37 ekran spowiła czerń ze zdjęciem Jana Pawła II.

Pamiętam swój płacz, mamy. Pamiętam żal wszystkich w koło. Pamiętam to wszystko doskonale. I pamiętam też ósmego kwietnia, kiedy był pogrzeb. Wiedziałam doskonale co się dzieje, miałam przecież jedenaście lat. To było osiem lat temu, a w nas pozostało do dzisiaj. 

To było takie smutne. Pamiętam jak się modliłam i ile łez wylałam, jak wiele słów wypowiedziałam. I pamiętam, jak naród się jednoczył, tłum w Rzymie przez te wszystkie dni i wszyscy wpatrzeni w jedno okno... 

Tysiące zniczy, tysiące złożonych rąk i wzrok skierowany ku Bogu. Tysiące wiernych całego świata zagłębionych w rozpaczy i strach, strach przed złym wyborem następcy Jana Pawła II. 

Dzisiaj mija kolejny, ósmy rok, a naród już nie pamięta jak bardzo wszyscy byli sobie bliscy, dopiero w obliczu tragedii i żałoby narodowej potrafimy bratać się nawet z wrogiem. Wtedy i tylko wtedy. Składamy obietnice, których nie dotrzymujemy. Rysujemy złudzenia patykiem na wodzie i nic nie robimy po to, by być lepszymi ludźmi. 

Karol Wojtyła był dla mnie niesamowitym człowiekiem, pozostawił po sobie we mnie wiele miłości i zrozumienia dla bliźnich. To mój jedyny autorytet, spoza kręgu bliskich mi osób. 

Dziś mamy drugiego już Papieża po naszym Papieżu. Franciszek trochę przypomina Karola, przypomina go zachowaniem, skromny człowiek. A, że ma historię jaką ma... to nie nasza sprawa, kiedyś wszystkie chwyty były dozwolone. Nie wiem dlaczego, ale miałam w dniu wyboru Franciszka dziwne przeczucie, to ten dzień.  I sprawdziło się. 13.03.2013. Zauważyliście, że ze zsumowania daty śmierci JPII wychodzi trzynastka i z godziny śmierci również trzynastka? Takie tam spostrzeżenie. 

A na zakończenie powiem Wam, że od dawna noszę obrazek z Janem Pawłem II w portfelu, pozyskany wrzucając pieniądze do puszki mężczyzny, który zbierał datki na chore dzieci. Wsadzony wraz ze zdjęciami bliskich. 

O takich dniach jak ten - nie można zapominać. I choć nie jestem Bóg wie jak dobrym człowiekiem, chociaż się staram. 

____ 
Nie wiem jak to będzie teraz z moją obecnością tutaj. Kwiecień. Koniec roku. Maj. Matura. Nie jest dobrze. 

31.03.2013

61. Świątecznie

Nie mogę się po prostu powstrzymać przed napisaniem, choć w sumie nie mam dopowiedzenia nic szczególnie ciekawego... :) 

Po pierwsze chciałam Wam podziękować za tyle miłych słów pod poprzednim postem, mordka cieszyła mi się od ucha do ucha, a tak powinno być codziennie. 

Ciężko było mi dzisiaj wstać, ale jakoś dałam radę, spięłam włosy w kok, zrobiłam delikatny makijaż, założyłam bluzkę, której nie lubię tylko dlatego, że pasowała do ulubionej spódnic. Możemy jechać. Odwiedziliśmy babcię, zawiozłam rodziców do szpitala, do dziadka, tak, robiłam dzisiaj za kierowcę. Myślałam, że mama nerwicy dostanie, wiadomo jakie mamy drogi, dziur więcej niż w Szwajcarskim serze, ominęłam jedną, wjechałam w dwie i co poradzić? A to przecież jej ukochany samochód. No ale nie było kłótni świątecznej, choć... nie chwal dnia przed zachodem słońca. Później chwila u drugiej babci. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy i... home, sweet home.

Nie mogę patrzeć na jedzenie, od samego przygotowywania nie chce mi się na nie patrzeć. Ale powiem Wam, że sernik, który zrobiłam wygląda cudownie, smakuje ponoć równie dobrze, a tak się bałam, że zepsuję. Zachciało mi się eksperymentów w kuchni, ale jest dobrze!

Za oknem śnieg, ale już mi to nie przeszkadza, tak jakoś miło mi się zrobiło jak wróciłam do domu, pies mało nie przeskoczył płotu, żeby tylko biec równo z samochodem, nie wiem skąd kot wiedział, że wracam, ale też przybiegł równo z samochodem, lubię to. 

Nareszcie chwila wytchnienia po tych wszystkich przygotowaniach, których w sumie jak dla mnie mogłoby nie być, ale co miałam powiedzieć rodzicom? Sorry, w tym roku świąt nie będzie? Chwała Bogu, że nikt jak na razie się do nas nie wybiera, jakoś nie mam ochoty koło nikogo skakać, donosić trunków czy jedzenia, po prostu chcę odpocząć. Należy mi się. 

Rodzice odpłynęli. Mam czas dla siebie i wykorzystuję go siedząc z laptopem na kolanach, napiłabym się herbaty z cytryną, ale przecież nie pójdę jej zrobić bo mi się nie chce, a kawy już dwie dzisiaj wypiłam, więc następnej sobie nie zaparzę. Bez przesady. 

Ręka boli, ale nie odpadła, House ponoć takie ręce ucina, ale chyba tym razem nie zgłoszę się do niego na wizytę.

W sumie to można zaryzykować stwierdzenie, że już po świętach, u mnie drugiego dnia świąt jakoś szczególnie się nie obchodzi, śniadanie we trójkę i każdy robi to na co ma ochotę, no chyba, że ktoś przyjedzie. Lany poniedziałek? Jak byłam mała to obchodziłam, tak samo jak prima aprilis, wyrosłam, za stara dupa jestem.



A to takie zdjęcie, bo obiecałam Insane, że pokażę moje pisanki, ale z racji, że mają srebrne "szramy" i farbki metaliczne do malowania dłońmi - każde zdjęcie jest prześwietlone i jakość średnia, nie umiem robić zdjęć, nie mam dobrego sprzętu, mam telefon, no i jak widzicie wiosenne kwiatki, króliczek ze słomy i z czekolady, no i kolorowe jajko, nie wiem jak ludzie je robią, ale są wspaniałe. To gdzie widać białą część również się prześwietla. Ta zielono, żółto beżowa część tego jajka jest śliczniejsza, ale ogólnie, cudeńko. 


A to zdjęcie kartki od Sylwii i kurczaczek, którego mama mi kupiła rok temu, bo ponoć robiłam maślane oczy. Ale kto by jej tam wierzył... :)

Wesołych! 

27.03.2013

58. "Błagam, napraw... mnie."

Święta za pasem – stwierdzam to nie dlatego, że czuć w powietrzu święta, czy wiosnę, po prostu w domu zapierdol. Wczoraj wieczorem stworzyłam plan pracy dla siebie i mamy na najbliższe cztery dni, niestety dla mnie znowu wyszło więcej no ale… czego się nie robi dla spokoju w domu. 

Rzekłabym, że pracowałam od rana, ale skłamałabym, bo jak tylko otworzyłam oczy to wzięłam się za czytanie książki, musiałam po prostu skończyć. Nie lubię mieć niedokończonych spraw. Takie trochę zboczenie można powiedzieć. No ale muszę jakoś to wytrzymać, bo pokój sprzątnęłam tylko do połowy, nie mam już dziś siły, ani głowy do tego. I nadgarstek znowu mnie boli, ja kiedyś cholery dostanę. 

Tak sobie wczoraj obejrzałam mecz, nie oszukujmy się, z San Marino ciężko jest przegrać, no ale jakby się chłopcy postarali, to pewnie by im się udało. No ale tylko pięć do zera, no cholera jasna, przecież nasi powinni "zagolić" z piętnaście razy. Ciężko jest patrzeć na ten cyrk, a ja głupia i naiwna wierzę w reprezentację. Boruc przez dziewięćdziesiąt minut stał jak ciołek między słupkami, moim zdaniem zdążyłby się tam nawet przekimać, a nasi jak nie pokazywali umiejętności, tak nie pokazują. A szkoda, bo w zagranicznych klubach jakoś sobie dają radę. Moim zdaniem oni się po prostu ze sobą nie znają, grają wszyscy za granicą, ze sobą trening przed meczem i mecz. No trochę coś tu jest nie tak. Oni powinni się częściej spotykać i ze sobą współpracować. 

Od szkoły już wolne, chwała Bogu, myślałam, że sobie odpocznę, ale nie da rady. Dom posprzątać dokładnie trzeba, odrobić czas stracony z psem, spędzić trochę czasu z rodziną i z książkami. Powinnam się też wybrać do szpitala, bo dziadek będzie miał kardiografię. Trzeba też te święta spędzić jakoś przyzwoicie, a nie przed telewizorem, czy komputerem. Matura za pasem, Boże.

Miesiąc szkoły mi pozostał, cieszę się, za paroma osobami będę nawet tęsknić. Z matematyki matura próbna poszła na tyle dobrze, że wiem, że ją zdałam, za to polski zawaliłam po mistrzowsku. Wiecie, klucz zakładał inaczej. Dupa! 

Dzisiaj było ciepło, na tyle ciepło, że do psa poszłam w samej koszuli, w sensie, że bez kurtki, słońce świeciło prawie cały dzień, ptaki ćwierkały, koty darły mordki, idzie wiosna, mam nadzieję. Mama wierzbę ubrała w kolorowe jajka, jakoś tak kolorowo w domu się zrobiło. A, że kuchnia lśni to można zaryzykuję stwierdzenie, że robi się świątecznie. Chociaż ja nie przepadam za Wielkanocą, wolę Boże Narodzenie, ale cóż poradzić. I to święta i to święta. 

I udało mi się mamę przekonać do House'a, sprzątałam u siebie w pokoju, koło dziewiętnastej, wchodzę do mamy, a ona siedzi wpatrzona w kolejny odcinek House'a jak w obrazek, aż się zaśmiałam. Ostatnio nie mam czasu wieczorami, więc oglądam w ciągu dnia, chyba o piętnastej. 

Chodzi za mną taka wspaniała piosenka, link poniżej, kliknijcie, warto, naprawdę. Wkręciło mi się, że aż sama śpiewam :) 



A teraz, również kulturowo i tak dalej chciałabym zrobić tu kolejną perfidną reklamę, tym razem nie auto, a dla kogoś, a raczej czyjegoś tworu. *

Prawdę powiedziawszy w pierwszym momencie chciałam kupić tą książkę dla samej okładki, która jest po prostu mistrzowska. Ciemność, czerń, głębia. Cudo, kocham takie okładki. A w tym wszystkim siwobiałe pióro. Pogratulować osobie, która ów okładkę zaprojektowała. 
Michael Knight to książka wydana przez młodego i sympatycznego człowieka - Darthmagika, który stworzył niebanalną postać Michaela. 
Przedstawiona historia wciąga, zaskakuje, a sam bohater szybko wzbudził we mnie sympatię. Książka nasycona akcją, która trwa przez całe sto siedemdziesiąt kilka stron, a nie przez ostatnie dwadzieścia. Do tego ciągle pojawiające się nowe fakty, szczegóły, zwroty akcji. 
Książka czyta się bardzo dobrze, lekkie pióro autora, zniewalające teksty. Książka ciekawi, momentami bawi. "Jak ktoś kiedyś powiedział: na początku był chaos, by potem powstał jeszcze większy burdel." W książce jest też kilka prawd życiowych, ale to pozostawię Wam do zgłębienia. Szczerze polecam Michaela Knighta. [Klik]**

* Reklama/polecenie umieszczam tu z dobrego serca, autor mi za to nie zapłacił. Żeby nie było. 
** Mam nadzieję, że autor reklamy nie ma mi za złe. 

22.03.2013

57. Spełnienie małego-wielkiego marzenia.

Rok temu, kiedy dostałam wiadomość, że jest organizowana akcja krwiodawstwa pobiegłam jak najszybciej zapytać czy ja też mogę. Brakowało mi miesiąca do skończenia osiemnastu lat, nie mogłam. Wówczas obiecałam sobie, że "za rok na pewno pójdę."

Poszłam, dzisiaj. O akcji wiedziałam od prawie tygodnia, zeszłej nocy prawie nie spałam, mam taką tendencję panikary. Wstałam rano, uszykowałam i pojechałam. Wypełniłam ankietę, całkiem szczerze, za co dostałam niewąski opierdol od lekarza. Pytanie "Czy kiedykolwiek chorowałeś na...." Zaznaczyłam jedną odpowiedź, rzucił się do mnie po co to zaznaczyłam, mówię, że tak trzeba i że kiedyś miałam z tym problemy, a on do mnie "kiedy?". Odpowiadam mu, że około osiem lat temu, a  ten do mnie z mordą, że takich rzeczy się nie zaznacza. To po kiego kija w pytaniu zawarto słowo: kiedykolwiek?

Nie dość, że czekałam dwie godziny aż pobrano mi próbkę krwi, to jeszcze taki zjazd na dzień dobry. Spojrzałam na telefon - 16 połączeń nieodebranych. Wiedziałam, że coś się dzieje. Rzadko mam takie przeczucia.  No ale wstępne badania przeszłam, zaproszono mnie na fotel. Wyjęłam telefon, dzwonię do mamy. Dziadek miał zawał. Głowa w drugą stronę, 450 ml krwi w saszetce,  wstaję - szumi mi w głowie, nie wypuścili mnie dopóki wszystko się nie poprawiło. Nie dość, że źle znoszę widok krwi - mdleję, bądź przelewam się przez ręce to jeszcze zdenerwowałam się bo z dziadkiem coś nie tak. Jak już pozwolono mi wstać, podpisałam się, odebrałam czekoladę, prawie biegłam do szpitala na intensywną terapię. 

Weszłam, nikt mnie nie zatrzymywał, dziadek ucieszył się jakby nie widział mnie kilka lat, rzucił komplementem "Słabo wyglądasz". Ogrzał mi dłonie swoimi, porozmawialiśmy, pożartowaliśmy. Musiałam wyglądać strasznie, ponoć byłam biała jak ściana bo wygonił mnie do niego do domu, żebym coś zjadła i wypiła kawę. 

W domu u dziadków dopadły mnie moje dzieciaki, oddałam im czekolady, sama zostawiłam sobie jedną, bo to jednak prawie pół litra krwi. Poszłam babci po zakupy, jedne, drugie. Nie ważne, że czułam się źle, nie lubię kiedy babcia czuje się źle, rodzina jest dla mnie ważniejsza. Poszłam odebrać jeszcze jedno dziecko z przedszkola, żeby babcia nie musiała gonić - problemy, bo nie jestem upoważniona, ale w końcu udało się, doprowadziłam jeszcze jednego rozrabiakę. Troje dzieci - istny Sajgon. W dodatku nasilający się ból głowy i ręki po ukłuci. A oni dorwali trąbki urodzinowe, całe osiedle słyszało tę trójcę. Ale to jednak dzieci. 

Babcia się denerwowała na mnie, bo nic nie chciałam cały dzień jeść, po prostu nie mogłam. I nawet kawy nie wypiłam, a ja przecież uwielbiam kawę. 

Wieczorem znowu byłam u dziadka, tym razem z mamą, strasznie się w pracy denerwowała, o dziadka, rano i o mnie, bo nie odbierałam. Potem się z niej nabijaliśmy, że jak dzwoni, ktoś nie odbiera, to dzwoni non stop, że trafić na otwartą linię, to tak jak w tych wszystkich telekonkursach. 

Oczywiście będąc na oddawaniu krwi nie musiałam iść do szkoły, tak czy tak miałabym chyba tylko dwie lekcje, teraz okres oczekiwania, na książeczkę krwiodawcy, będę wiedziała w końcu jaką mam grupę krwi, przy okazji dostanę wyniki badań. 

Ale nie oddałam krwi dla poznania ich, oddałam krew bo chcę jakoś przyczynić się do ratowania życia, chciałam oddawać również szpik, ale szczerze mówiąc - strasznie się boję. Chcę podpisać również kartę dawcy, ale o to toczę ogromny bój z rodzicami i strasznie się o to kłóciliśmy już nie raz. 

Od dawna chciałam oddawać krew, nie mogła, po osiemnastce jakoś tak się nie złożyło, nie będę tego robiła regularnie co trzy miesiące, muszę zdecydować, czy będę dalej oddawała krew, poza tym muszę się dowiedzieć czy jestem całkowicie zdrowa. 

Czuję się dobrze, dobrze z tym, że w końcu oddałam krew i nie zemdlałam. Boli mnie ręka, głowa, zimno mi, ale jeśli tylko moja krew uratuje kiedykolwiek jedno życie - będzie to dla mnie wystarczającą nagrodą. 

I nie musicie uświadamiać mnie, jakie są koszty oddawania krwi. Wiem. Podpisując zgodę, wiedziałam co robię, doskonale. Nie raz i nie dwa to analizowałam. Nie raz i nie dwa się tego bałam. Ale jeśli to może komuś pomóc, to jak najbardziej. 

4.03.2013

50. Nic specjalnego.

Taka ładna, pełna liczba, a ja się w ogóle nie przygotowałam, ba, nawet nie zamierzam nic świętować, bo rzecz jasna nie ma co. 

Numer dnia? Było pięknie, ciepło, słonecznie, ptaszki śpiewały, więc postanowiłam wziąć pieska na dłuższy spacer, po bieganiu, uciekaniu z kijem i wspólnym jego połamaniu pies chciał pić. Jako, że nie ma upałów nie byłam przygotowana na taką ewentualność (nie wypominajcie mi jaka to głupia jestem i o psa nie dbam). Chciałam mu pomóc i znalazłam rów. W rowie była woda. Zamarznięta. No to długo nie myśląc zaczęłam ów lód kruszyć. Brawo! Pric w wodzie do kolan, hura! Na początku chciało mi się śmiać, tym bardziej, że pies gapił się na mnie jak na debila. Ochota na śmiech przeszła mi w momencie kiedy uświadomiłam sobie, że będę musiała to wszystko wyprać i w ogóle. A buty - nigdy w życiu nie miałam nic tak brudnego. No ale chyba udało mi się je reanimować. Zobaczymy jak wyschną. Po jakimś tygodniu. 

Nic mnie dzisiaj nie przebije. Nawet policja sprzed trzech tygodni. Nic. Jest mi teraz zimno, czuję, że boli mnie gardło i kości i w ogóle czuję gorąc na plecach, którego nie ma. 

Jutro na 10. Powinnam mimo wszystko już spać i szczerze mówiąc padam na twarz. Nic ciekawego się nie dzieje. Z matmy trzeba będzie spisać przed lekcją. Na wolnej list z niemieckiego napisać, choć to akurat łatwizna. Przy kawce i ploteczkach - lajtowo. 

Byle do piątku. Moja dewiza życiowa. Tego, czy innego, nie ważne, że dzień kobiet, o którym nie pamiętałabym, gdyby moja Sylwia mi nie przypomniała. 

Z dnia na dzień. Z nocy na noc. Nic nie robię. Nie robię nic co dawałoby mi sto procent satysfakcji. A co daje mi satysfakcję? Nie wiem, ciężko powiedzieć. Satysfakcjonuje mnie mówienie po niemiecku. I pisanie powieści, której nie piszę i nie wydam. Satysfakcjonuje mnie oglądanie House'a. I pamiętników z wampirów, bo gra tam Ian. Satysfakcjonuje mnie czytanie książek. Ale co to kurwa ma wspólnego z nauką ja się pytam? 

Ostatni sen... wprowadził mnie w stan nostalgii. Nienawidzę snów o tym kimś. Jakie by one nie były. 

A w dodatku ktoś bliski przeszperał mi telefon, już drugi raz. Chyba trzeba będzie o tym porozmawiać, bowiem ta osoba nie wie, że ja wiem, ale moja Xperia jest tak mądra, że pokazuje mi archiwum przeglądanych plików, widgetów, aplikacji i wszystkich innych mądrych nazw. No. Niefajnie się z tym poczułam. 

Mam film ze studniówki. W klasie widziałam kawałkami, ale żenada, dla całej klasy. Aż wstyd oglądać. W dodatku jakość lipna, na całego. Niby sprzęt dobry, a wygląda odrobinę lepiej niż kręcone zwykłą, domową kamerką. Dupa. 

Powinnam pisać list i liczyć miejsca zerowe funkcji i inne takie. Ale pisanie bardziej mnie uspokaja. Jestem naładowana negatywnymi emocjami, dlatego to piszę. Wyrzucam z siebie słowo za słowem, linijka za linijką i jest mi lżej na duszy. Mam poczucie, że zrzucam ciężar, wiem, że mogę spokojnie zasnąć. 

Nie lubię postów o niczym. Ale nawet najlepszym się takie zdarzają, prawda? Powiedzcie, że to prawda bo dość mam problemów i wytykania sobie błędów. 

Może lepiej po prostu się zamknąć i robić swoje. Ale... ja tak nie robię. 

Muszę zmienić szablon, ale nie chce mi się tym bawić, mam pewien pomysł, ale to najwcześniej w środę, jutro muszę przysiąść do hydrosfery, geografica powiedziała, że muszę to zaliczyć i jeszcze raz z hydrosferą się spotkać, wspaniale. 

Idę, nie będę Wam już czterech liter truć swoim bełkotem. To taki moment kiedy nie chcesz tak naprawdę powiedzieć co Cię dręczy i masz ochotę się po prostu napić. Ale ja nie piję. 

Przepraszam, nie musicie czytać i komentować tego oto beznadziejnego postu. Nadal Was kocham. Nie żeby tylko jak czegoś chcę. 

8.02.2013

43.

Dzisiaj brakuje mi tego bardziej...

Oglądałam jeden z moich ulubionych filmów. Jack Frost. Płakałam jak dziecko. Boję się, że kiedyś mogę być jak syn tytułowego bohatera. Życie rodziny zawodowego kierowcy nie jest łatwe. (nawiązanie do wypadku samochodowego)

Trzymajcie się ciepło, ponoć zima wraca. Nie mam chwilowo laptopa, piszę z mojego wspaniałego telefonu, ale chyba nie mam cierpliwości by przeczytać zaległości z tego tygodnia i skomentować. Chyba że będzie mi się bardzo nudziło. :) a biorąc pod uwagę ilość materiału do nauki - szczerze wątpię. :-)